sobota, 27 czerwca 2015

Moja włosowa historia

Włosy stanowiły moją bolączkę już od dzieciństwa.

Pamiętam straszne wieczory, kiedy siedziałam godzinami w wannie, bawiąc się gumowymi kaczuszkami, i starałam się jak najbardziej odsunąć przykry moment końca kąpieli. Bo po kąpieli czekała mama z dwoma narzędziami tortur - ręcznikiem i szczotką do włosów. Najpierw czekało mnie bolesne wycieranie - tarcie głowy ręcznikiem z całej siły, a następnie jeszcze gorsze rozczesywanie na wpół suchych kłaków szczotką do włosów. 

Gdy byłam już większa i przytrzymywanie mnie do rozczesywania stawało się coraz trudniejsze, mama - by skrócić męki (przede wszystkim swoje) - postanowiła problemowi zaradzić. U fryzjera. Cięciem.


Całe moje dzieciństwo to wspomnienia koleżanek z pięknymi warkoczykami, kolorowymi spinkami, pani w przedszkolu organizującej konkurs fryzur. Wszystko to omijało mnie i moją fryzurkę na zapałkę. Cięcie i fryzjer czekało za każdym razem, gdy włosy podrosły na tyle, by dało się na nich zawiązać najprostszą gumkę. 

Wszystko to razem sprawiło, że do dziś fryzjer kojarzy mi się ze łzami po utraconej urodzie i przywiązywaniem do krzesła. Dużo przyjemniej wspominam leczenie kanałowe u dentysty.

Więc do fryzjera nie chodzę. Boję się. 

Włosy rosły nieskrępowane przez całe gimnazjum i liceum. Pierwsze spotkanie z nożyczkami czekało je triumfalnie po maturze - cóż, siła przesądów :) Kolejny raz przełamałam się na drugim roku studiów, gdzie poszłam do nowego wówczas, a jednego z najmodniejszych obecnie, salonu fryzjerskiego. Tak szczęśliwe moje włosy nie były nigdy wcześniej! Ani też nigdy później, gdyż studencki budżet nie pozwalał na kolejne takie ekscesy. Późniejsze zapędy do skracania włosów zostały przychamowane nawróconym lękiem i sprzeciwem narzeczonego, dla którego długie włosy (nawet jeśli połamane i rozdwojone) stanowiły główny element mojej urody. I trochę też przekorą wobec mojej mamy, która załamywała ręce nad moją fryzurą, żądając, bym nosiła wyłącznie włosy krótkie, najlepiej 1cm więcej niż łyse. Rzeczywiście, w porównaniu z przepięknym płaszczem gęstych włosów mojej młodszej siostry, moje cieniutkie kłaczki stanowiły jej porażkę genetyczną.

Pierwsza zmarszczka w okolicach oczu oraz perspektywa zbliżającego się ślubu sprawiły, że w mojej głowie pojawiła się nutka wołająca o zadbanie o przemijające piękno. Wcale jednak nie zaczęło się od włosów.

Problemu z cerą nie miałam nigdy, co jakiś czas pojawiały się wypryski, czasami w większej grupie, których usuwanie było czasem szybkie, czasem długie, ale zawsze bolesne. Teraz ze zgrozą wspominam tamte czasy - niby posiadałam jakieś mleczko do zmywania, ale nie bardzo się nim przejmowałam. Studenckie powroty nad ranem nie zostawiały sił na zmycie tuszu do rzęs, eyelinera czy chociażby podkładu. W końcu jednak, pomiędzy nauką do egzaminów i imprezami, mój młody jeszcze rozumek załapał zależność pomiędzy używaniem kosmetyków do twarzy, a absencją niedoskonałości na cerze. Gdy wyrobiłam sobie nawyk systematycznego pielęgnowania twarzy, zrozumiałam, że, chociaż reklamy kłamią, to wszystkie te toniki i maseczki naprawdę mają rację bytu.

Zapanowawszy nad bałaganem na twarzy, zapragnęłam więcej. 

Z pomocą przyszedł mi internet. Prosty drogeryjny szampon poszedł w odstawkę, a ja powoli odkrywałam, czym są odżywki, maski i oleje. Nauczyłam się, gdzie w suszarce jest zimny nawiew. Prostownicę (której używałam regularie od gimnazjum do połowy studiów!) odstawiłam już szczęśliwie jakiś czas temu, bo się zepsuła.

Włosomaniaczką jestem dopiero początkującą. Nauczyłam się kupować szampon po przeczytaniu jego składu, a z czytania składu umiem już wyciągać wnioski. Zaczęłam używać obcych mi wcześniej odżywek i olejów. Niniejszy blog powstaje głównie po to, żebym pamiętała, które produkty podziałały i byłam z nich zadowolona. 

Świadomą pielęgnację zaczęłam od tego, czego bałam się całe życie - podcięcia włosów. Nie, oczywiście, że nie u fryzjera. Poprosiłam teściową o skrócenie włosów o końcówki - do 5 cm (chociaż teściowej się omsknęły nożyczki i wyszło 20cm).

Trzymam za samą siebie kciuki. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.